Co roku obiecujemy sobie, że damy im jeszcze jedną szansę. Że tym razem będzie lepiej. Że Warsaw Home znów przypomni nam, po co branża potrzebuje targów. A potem wchodzimy do hali i… szukamy wyjścia. Nie ma w Polsce drugiego wydarzenia o takiej skali. I nie ma drugiego, które tak skutecznie potrafi zmarnować swój potencjał. A przecież targi to nie tylko stoiska i frekwencja – to obraz całej branży.
Targi Warsaw Home 2025 za nami. I choć emocje już trochę opadły, to w branży nadal buzują. Bo jak tu nie komentować, skoro z roku na rok dostajemy to samo. Oczekiwania duże, ale rzeczywistość… Fatalne oznaczenia, brak mapek, brak aplikacji, a do tego internet, który ledwo zipie – to nie są detale, to logistyka wydarzenia. A raczej jej brak. Chcesz sprawdzić, w której hali stoi firma, z którą masz spotkanie? Powodzenia. Na stronie brak lupki, a jak już się załaduje – to czysty survival.
Jak celnie napisał Marcin Szczelina na Archisnob.com:
„Targi Warsaw Home przypominają dziś mechanikę bylejakości. Brak im spójności, selekcji i myśli programowej.”
I trudno się z nim nie zgodzić. Ja bym dodała – brak im też szacunku dla czasu odwiedzających. Bo kiedy słyszysz po raz setny pytanie „przepraszam, którędy do hali F?”, wiesz, że coś poszło nie tak.
Ale nie chodzi tylko o oznaczenia. Chodzi o ideę. Organizatorzy – od lat – nie słuchają branży. Excel się zgadza, hale są pełne, więc po co coś zmieniać? Tylko że to krótkowzroczne myślenie. Targi to nie jarmark, to narzędzie komunikacji marki z rynkiem.
W tegorocznym raporcie „Zaprojektujmy to razem. Architekci o współpracy z markami”, w którym wzięło udział 405 architektów, wydarzenie Warsaw Home uzyskało wynik 67,2%, z wyraźną przewagą nad kolejnymi pozycjami – Architect@Work (52,3%) i 4 Design Days (36,8%). To pokazuje jedno: mimo wielu krytycznych opinii i niedociągnięć organizacyjnych, Warsaw Home wciąż pozostaje najważniejszym punktem branżowego kalendarza. Architekci chcą się spotykać, oglądać nowości i rozmawiać – potrzebują targów, ale takich, które będą miały sens, jakość i wizję.

Po frekwencji widać jedno – branża potrzebuje targów. Marki muszą mieć gdzie pokazywać swoje nowości, a architekci – gdzie zobaczyć wszystko w jednym miejscu. Ale jeśli już wystawiasz się, inwestujesz budżet, czas i ludzi – zrób to dobrze.
W tym roku mówiło się głównie o kilku stoiskach: Orac, Ciarko, Olczak. Bo były przemyślane, dopracowane wizualnie, spójne z tożsamością marki. Reszta? Niestety, jakby ktoś na odczepnego rozłożył krzesła i przykleił logo. I to boli, bo to wizerunek całej branży.
W podsumowaniu WhiteMAD padło zdanie, które idealnie oddaje sedno:
„To już nie święto designu, to targowisko próżności i przypadkowych decyzji.”
Dodam od siebie – próżność nie jest problemem – jest nim brak wizji i ambicji. Design nie znosi przypadkowości. I jeśli firmy chcą być traktowane jak poważni gracze, muszą zacząć się tak zachowywać. Stoisko to nie tylko metry kwadratowe. To komunikat, kim jesteś.
Kilka komentarzy z moich social media dodanych przez osoby odwiedzające tegoroczne targi:
„Wrażenia niestety dokładnie takie same… bylejakość przeraża, nawet nie robiłyśmy zdjęć bo nie było czemu. Targi, które powinny być inspiracją po raz kolejny były totalnym rozczarowaniem”.
„Jakość ginie w ilości. A niestety brakuje czasu żeby te perełki wyłuskiwać. Bardziej targowisko niż targi niestety”.
„Ja zgubiłam się tam chyba 78 razy i chodziłam w koło… Na jednym stoisku numer był, na kolejnych 5 nie i weź tu się zorientuj nawet jak wiesz, gdzie chcesz konkretnie trafić. A stragany z termosami, kubkami i serami to już jest hit…”
Największy zgrzyt tej edycji? „Dożynki z celebrytami”. Serio. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że to właśnie oni są twarzą wydarzenia. A ja się pytam – po jaką cholerę? Targi wnętrzarskie nie są o tym, kto ma więcej followersów, tylko o tym, kto ma coś wartościowego do pokazania.
Niech wrócą czasy, kiedy o Warsaw Home mówiło się z dumą. Kiedy program merytoryczny był mocny, a wystawcy wiedzieli, że warto tam być. I żeby nie było – ArchiDAY w tym roku zrobił to dobrze. Świetna frekwencja, sensowne tematy, konkretni eksperci. To pokazuje, że branża chce się rozwijać, chce słuchać i rozmawiać.
Targi nie są reliktem sprzed pandemii. Wręcz przeciwnie – w świecie, który coraz bardziej przenosi się do online’u, potrzebujemy realnych spotkań, rozmów i doświadczeń. Bo biznes nadal robi się między ludźmi.
Marcin Szczelina napisał w podsumowaniu:
„Targi nie są złe z definicji. Złe jest to, że nikt nie próbuje zrozumieć, czym dziś powinny być.”
Ja dodam – targi nie umrą, jeśli nauczymy się z nich korzystać. Jeśli marki przestaną traktować je jako obowiązek, a organizatorzy – jako arkusz w Excelu. Bo to nie liczba hal świadczy o skali wydarzenia, tylko jego jakość i idea, która za nim stoi. A póki co – mamy chaos, serki góralskie między sofami i pytanie, które warto zadać na głos: Czy naprawdę nie stać nas już na wydarzenie z klasą?

Magda Skibka-Matusiak – specjalistka ds. komunikacji i wizerunku marek z branży wnętrzarskiej i architektonicznej. Od 2015 roku zarządza agencją butikową PLN Design Group. Szkoli, doradza i projektuje komunikację.
Zobacz również: Czy naprawdę potrzebujemy targów wnętrzarskich? I Prowizja to nie partnerstwo. O błędach marek we współpracy z architektami