Przez lata Mediolan był dla mnie punktem na mapie, do którego wracało się jak do świętego miejsca. To nie hala targowa robiła robotę, tylko Brera District i Zona Tortona. Ostatnie edycje odpuściłam „bo zawsze coś działo się w pracy”, czytałam relacje i nie ukrywam – ta ostatnia odsłona Milan Design Week brzmiała druzgocąco. Ale to nie znaczy, że skreślam Mediolan. Dalej mam go na liście, za rok. W tym roku dane mi było pojechać gdzie indziej. Do Kopenhagi. Po raz pierwszy.
I od razu powiem, jak jest. Pojechałam tam z konkretnym pytaniem w głowie, nie po rozbudowywanie galerii zdjęć „na kiedyś”. Chciałam zobaczyć, jak marki wykorzystują moment, w którym Europa jednym okiem patrzy na Kopenhagę, a ta po cichu staje się realnym konkurentem dla Mediolanu. Spoiler: wykorzystują go zaskakująco dojrzale. Ale po kolei.
Dla porządku, bo nie każdy musi to wiedzieć od podszewki. 3 Days of Design zaczęło się jako wystawa kilku marek w magazynie przy porcie, a dziś jest stałym punktem w kalendarzu designu. W tegorocznej edycji prezentowało się ponad 400 marek z Danii i całego świata. I tu pierwsza rzecz, która mnie ujęła: festiwal jest otwarty dla wszystkich i bezpłatny, a wystawy, instalacje i wydarzenia rozsiane są po całym mieście, a to świetna okazja do zwiedzania!
W 2026 organizatorzy poukładali to wokół ośmiu Design Districtów – Islands Brygge, Christianshavn, Holmen, Frederiksstaden, Kongens Nytorv, Rosengård, Nordhavn i dzielnicy kulturalnej. Każda z tych dzielnic ma swoją historię i charakter, a wewnątrz – swoje showroomy, instalacje i wydarzenia. Do tego sześć i–Pointów, czyli punktów informacyjnych, w których można złapać oddech, dopytać i zaplanować kolejny przystanek. I to jest sedno różnicy między Kopenhagą a halą targową. Tu nie idziesz „na targi”. Ty chodzisz po mieście, a miasto jest wystawą.
Cytując CEO festiwalu, Signe Byrdal Terenziani: design naprawdę ożywa tu i teraz, w realnych miejscach, wśród ludzi. I wiecie co? Po dwóch dniach łażenia po Holmen i Frederiksstaden muszę przyznać jej rację.
Temat przewodni tegorocznej edycji brzmiał „Make This Moment Matter”. Brzmi jak kolejne ładne hasło z prezentacji, prawda? Sama tak pomyślałam. Ale za tym stała konkretna myśl: zamiast szukać inspiracji w legendach przeszłości albo w wizjach przyszłości – skup się na teraźniejszości. Na tym, co jest teraz.
Duńczycy ujęli to tak, że projekt bez celu tylko zajmuje przestrzeń, a projekt z sensem i emocją – zostaje. I że warto pomyśleć o tym, jaki ślad chce się po sobie zostawić. Można to oczywiście potraktować jak marketingową otoczkę. Ale ja zobaczyłam to przełożone na obiekty. I to mnie przekonało bardziej niż niejedna wielka instalacja.
Bo to jest dla mnie najważniejsza obserwacja z całego wyjazdu. W Kopenhadze był design funkcjonalny. Mało konceptów, mało rzeczy w stylu „look at me”, mało sztuki dla sztuki. To były w większości przedmioty. Rzeczy, które mogłabym kupić, pokazane w swoim naturalnym otoczeniu.
Showroomy i przestrzenie wystawiennicze nie były przegadane. Jak Dania, to minimalizm – przestrzeń dookoła była tłem dla głównego bohatera, czyli produktu. I to mi się szalenie podobało. Oczywiście doceniam piękne instalacje, naprawdę. Ale one bardzo często zagłuszają przekaz. Robi się tak efektownie, że przestajesz widzieć rzecz, a zaczynasz oglądać dekorację wokół niej. W Kopenhadze nie było pola do nadinterpretacji. Produkt stał, działał, bronił się sam.
I tu wracam do tego hasła z teraźniejszością. „Make This Moment Matter” w duńskim wydaniu nie znaczyło „zrób coś spektakularnego”. Znaczyło „zrób coś, co ma sens tu i teraz, co ktoś weźmie do domu i z czego będzie korzystał”. To dwie zupełnie różne filozofie pokazywania designu. I po tych ostatnich relacjach z Mediolanu – ta duńska wydała mi się po prostu zdrowsza.
Jest jeszcze jedna rzecz, poza duńskim designem, której się nie spodziewałam. Pierwszy raz w takiej ilości zderzyłam się z designem japońskim. I muszę to napisać wprost: piękny. Tak prosty, funkcjonalny i czysty, że aż zaskakujący. Okazało się, że duński minimalizm i japońska powściągliwość rozmawiają ze sobą zupełnie naturalnie. Jakby od zawsze były z tej samej rodziny. To było jedno z tych odkryć, po które się jeździ na takie wydarzenia – nie po to, żeby zobaczyć to, co już znasz, tylko żeby coś cię zaskoczyło.
Nie zabrakło polskiego akcentu i to mnie cieszy najbardziej. Choć muszę uczciwie przyznać – z całej polskiej reprezentacji odwiedziłam tylko zaprzyjaźnioną, łódzką markę Un’Common, która ma ogromne doświadczenie wystawiennicze i w Kopenhadze była już trzeci raz. Widziałam również instalację CHYLAK, przygotowaną na zaproszenie Baum und Pferdgarten – opowieść o relacji Polski i Danii, zaprojektowaną przez Zofię Chylak i wykonaną m.in. przez koronczarki z Bobowej.
A kogo jeszcze można było spotkać z Polski? Sporo. Ludism z rzeźbiarskimi figurkami sięgającymi do słowiańskich korzeni, Tylko, Totem Studio Warsaw, PAP DECO z mosiężnymi detalami, Vlad Oganov Objects, Pani Jurek Studio, Please Touch Studio czy Marcin Rusak. Duża część w ramach wystawy „Honest Craftsmanship – The Impact of Polish Heartbeat”, która zestawiała polską wrażliwość materiałową z duńską tradycją rzemieślniczą.
No właśnie. Podeszłam do tematu ambitnie. Festiwal trwa trzy dni, ja miałam dwa i postanowiłam odwiedzić ponad… siedemdziesiąt miejsc. Już to piszę i się śmieję. Nierealne.
To nie jest łapanie Pokemonów – chociaż akurat w tym czasie w Kopenhadze odbywał się jakiś zjazd fanów tej gry, więc skojarzenie ciśnie się samo. Jeśli jedziesz z założeniem „cyknięcie zdjęcia i pomaszerowali dalej”, to może się uda. Ale jeśli chcesz naprawdę przyjrzeć się temu, na co patrzysz, poczytać, zadać pytanie, a do tego spotkasz znajome architektki i dziennikarki i wywiążą się rozmowy – a to przecież idealna okazja do wymiany spostrzeżeń – to nie ma szans, żeby ten plan dowieźć.
Więc nastaw się na coś innego: na zwiedzanie intuicyjne. Tak, warto mieć kilka punktów, które są Twoim MUST. Ale poza tym – zaglądaj przez drzwi, przez szybę, i jeśli coś dosłownie cię woła, to wejdź. Daj się ponieść. To nie gra w statki „trafiony–zatopiony”.
I tu pada pytanie, które moim zdaniem trzeba sobie zadać, zanim w ogóle kupisz bilet na samolot: po co tam jedziesz? Szukasz nowych marek? Potrzebujesz świeżości w projekcie? Interesuje cię nowe spojrzenie na łączenie struktur i materiałów? A może po prostu chcesz przewietrzyć głowę? Każda z tych odpowiedzi jest dobra. Ale każda prowadzi do innej trasy. Ja miałam swój cel – i dlatego wolałam zobaczyć mniej, a porządnie.
Drobiazg, a urósł mi do rangi osobnego wątku. Festiwal ma swoją aplikację i to mnie na początku szalenie ucieszyło. W trakcie użytkowania – szalenie wkurzało. Bo niestety kiepsko pokazywała lokalizacje, źle odczytywała moje położenie. Wiele razy stałam w miejscu, w które miałam trafić, a aplikacja twierdziła, że jestem gdzie indziej. A jednak – i to uczciwie przyznaję – łatwiej było mi szukać na niej niż na stronie www. Więc plus za to, że w ogóle jest i że ratuje sytuację. Ale gdyby ją jeszcze dopracowali, byłoby idealnie. Drodzy organizatorzy: macie świetny festiwal i kulejące narzędzie do poruszania się po nim. To się aż prosi o poprawę.
Zdecydowanie tak. Bez wahania. A skoro już mnie pytacie – zostawiam Was z trzema protipami, które wyciągnęłam z własnych błędów i zachwytów.
Po pierwsze – zwiedzaj intuicyjnie. Wybierz kilka MUST, resztę zostaw przypadkowi i instynktowi. Najlepsze rzeczy zobaczyłam wtedy, gdy weszłam gdzieś, bo coś mnie zawołało, a nie dlatego, że było na liście.
Po drugie – odpowiedz sobie na pytanie „po co tam jadę”, zanim wyjedziesz. Inaczej zaplanujesz trasę, gdy szukasz konkretnych marek, a inaczej, gdy chcesz przewietrzyć głowę i nabrać świeżości. Cel ustawia wszystko.
Po trzecie – daj sobie czas na ludzi. Rozmowy z projektantami, właścicielami marek, ze znajomymi z branży były wartością samą w sobie. Czasem jedna szczera rozmowa daje więcej niż dziesięć przebieżek przez showroomy. Biznes – i design – nadal robi się między ludźmi.
Mediolan, czekaj na mnie za rok. Ale Kopenhaga – zaskoczyłaś mnie. I to bardzo pozytywnie.
Ps. A poniżej zapraszam Was do mojej subiektywnej selekcji zdjęć z tego wydarzenia. I tu od razu przyznaję bez bicia – nie jestem w stanie przypisać wszystkich kadrów do konkretnych marek. Tam, gdzie mogłam, robiłam sobie tagi na telefonie, ale na własny użytek, na przyszłość, a nie z myślą o podpisywaniu każdego zdjęcia z osobna. Więc nie, nie znajdziecie pod nimi nazw wszystkich marek i autorów. Mogłabym teraz udawać, że to przemyślany zabieg, ale nie będę. Po prostu chłonęłam to wszystko oczami, nie notesem.
















































Magda Skibka-Matusiak – specjalistka ds. komunikacji i wizerunku marek z branży wnętrzarskiej i architektonicznej. Od 2015 roku zarządza agencją butikową PLN Design Group. Szkoli, doradza i projektuje komunikację.
Zobacz również: Architect Relationship Management (ARM). Wszyscy chcą dziś pracować z architektami… | Nagroda dla każdego, czyli dla nikogo. O konkursach architektonicznych, które podbijają ego i mylą rynek