Plac Zwycięstwa 2, 90-365 Łódź
kopenhaga zamiast mediolanu moj pierwszy raz na 3 days of design (2)

Kopenhaga zamiast Mediolanu? Mój pierwszy raz na 3 Days of Design – i dlaczego nie zobaczyłam 70 miejsc

Przez lata Mediolan był dla mnie punktem na mapie, do którego wracało się jak do świętego miejsca. To nie hala targowa robiła robotę, tylko Brera District i Zona Tortona. Ostatnie edycje odpuściłam „bo zawsze coś działo się w pracy”, czytałam relacje i nie ukrywam – ta ostatnia odsłona Milan Design Week brzmiała druzgocąco. Ale to nie znaczy, że skreślam Mediolan. Dalej mam go na liście, za rok. W tym roku dane mi było pojechać gdzie indziej. Do Kopenhagi. Po raz pierwszy.

I od razu powiem, jak jest. Pojechałam tam z konkretnym pytaniem w głowie, nie po rozbudowywanie galerii zdjęć „na kiedyś”. Chciałam zobaczyć, jak marki wykorzystują moment, w którym Europa jednym okiem patrzy na Kopenhagę, a ta po cichu staje się realnym konkurentem dla Mediolanu. Spoiler: wykorzystują go zaskakująco dojrzale. Ale po kolei.

Festiwal, który zamienia całe miasto w wystawę

Dla porządku, bo nie każdy musi to wiedzieć od podszewki. 3 Days of Design zaczęło się jako wystawa kilku marek w magazynie przy porcie, a dziś jest stałym punktem w kalendarzu designu. W tegorocznej edycji prezentowało się ponad 400 marek z Danii i całego świata. I tu pierwsza rzecz, która mnie ujęła: festiwal jest otwarty dla wszystkich i bezpłatny, a wystawy, instalacje i wydarzenia rozsiane są po całym mieście, a to świetna okazja do zwiedzania!

W 2026 organizatorzy poukładali to wokół ośmiu Design Districtów – Islands Brygge, Christianshavn, Holmen, Frederiksstaden, Kongens Nytorv, Rosengård, Nordhavn i dzielnicy kulturalnej. Każda z tych dzielnic ma swoją historię i charakter, a wewnątrz – swoje showroomy, instalacje i wydarzenia. Do tego sześć i–Pointów, czyli punktów informacyjnych, w których można złapać oddech, dopytać i zaplanować kolejny przystanek. I to jest sedno różnicy między Kopenhagą a halą targową. Tu nie idziesz „na targi”. Ty chodzisz po mieście, a miasto jest wystawą.

Cytując CEO festiwalu, Signe Byrdal Terenziani: design naprawdę ożywa tu i teraz, w realnych miejscach, wśród ludzi. I wiecie co? Po dwóch dniach łażenia po Holmen i Frederiksstaden muszę przyznać jej rację.

„Make This Moment Matter” – hasło, które akurat nie jest pustym sloganem

Temat przewodni tegorocznej edycji brzmiał „Make This Moment Matter”. Brzmi jak kolejne ładne hasło z prezentacji, prawda? Sama tak pomyślałam. Ale za tym stała konkretna myśl: zamiast szukać inspiracji w legendach przeszłości albo w wizjach przyszłości – skup się na teraźniejszości. Na tym, co jest teraz.

Duńczycy ujęli to tak, że projekt bez celu tylko zajmuje przestrzeń, a projekt z sensem i emocją – zostaje. I że warto pomyśleć o tym, jaki ślad chce się po sobie zostawić. Można to oczywiście potraktować jak marketingową otoczkę. Ale ja zobaczyłam to przełożone na obiekty. I to mnie przekonało bardziej niż niejedna wielka instalacja.

Design, który chce być kupiony, a nie podziwiany

Bo to jest dla mnie najważniejsza obserwacja z całego wyjazdu. W Kopenhadze był design funkcjonalny. Mało konceptów, mało rzeczy w stylu „look at me”, mało sztuki dla sztuki. To były w większości przedmioty. Rzeczy, które mogłabym kupić, pokazane w swoim naturalnym otoczeniu.

Showroomy i przestrzenie wystawiennicze nie były przegadane. Jak Dania, to minimalizm – przestrzeń dookoła była tłem dla głównego bohatera, czyli produktu. I to mi się szalenie podobało. Oczywiście doceniam piękne instalacje, naprawdę. Ale one bardzo często zagłuszają przekaz. Robi się tak efektownie, że przestajesz widzieć rzecz, a zaczynasz oglądać dekorację wokół niej. W Kopenhadze nie było pola do nadinterpretacji. Produkt stał, działał, bronił się sam.

I tu wracam do tego hasła z teraźniejszością. „Make This Moment Matter” w duńskim wydaniu nie znaczyło „zrób coś spektakularnego”. Znaczyło „zrób coś, co ma sens tu i teraz, co ktoś weźmie do domu i z czego będzie korzystał”. To dwie zupełnie różne filozofie pokazywania designu. I po tych ostatnich relacjach z Mediolanu – ta duńska wydała mi się po prostu zdrowsza.

Niespodzianka: japoński design, który mnie rozbroił

Jest jeszcze jedna rzecz, poza duńskim designem, której się nie spodziewałam. Pierwszy raz w takiej ilości zderzyłam się z designem japońskim. I muszę to napisać wprost: piękny. Tak prosty, funkcjonalny i czysty, że aż zaskakujący. Okazało się, że duński minimalizm i japońska powściągliwość rozmawiają ze sobą zupełnie naturalnie. Jakby od zawsze były z tej samej rodziny. To było jedno z tych odkryć, po które się jeździ na takie wydarzenia – nie po to, żeby zobaczyć to, co już znasz, tylko żeby coś cię zaskoczyło.

Polacy za granicą – i lekcja pokory dla mnie samej

Nie zabrakło polskiego akcentu i to mnie cieszy najbardziej. Choć muszę uczciwie przyznać – z całej polskiej reprezentacji odwiedziłam tylko zaprzyjaźnioną, łódzką markę Un’Common, która ma ogromne doświadczenie wystawiennicze i w Kopenhadze była już trzeci raz. Widziałam również instalację CHYLAK, przygotowaną na zaproszenie Baum und Pferdgarten – opowieść o relacji Polski i Danii, zaprojektowaną przez Zofię Chylak i wykonaną m.in. przez koronczarki z Bobowej.

A kogo jeszcze można było spotkać z Polski? Sporo. Ludism z rzeźbiarskimi figurkami sięgającymi do słowiańskich korzeni, Tylko, Totem Studio Warsaw, PAP DECO z mosiężnymi detalami, Vlad Oganov Objects, Pani Jurek Studio, Please Touch Studio czy Marcin Rusak. Duża część w ramach wystawy „Honest Craftsmanship – The Impact of Polish Heartbeat”, która zestawiała polską wrażliwość materiałową z duńską tradycją rzemieślniczą.

Spoiler alert: nie zobaczysz 70 miejsc. I bardzo dobrze

No właśnie. Podeszłam do tematu ambitnie. Festiwal trwa trzy dni, ja miałam dwa i postanowiłam odwiedzić ponad… siedemdziesiąt miejsc. Już to piszę i się śmieję. Nierealne.

To nie jest łapanie Pokemonów – chociaż akurat w tym czasie w Kopenhadze odbywał się jakiś zjazd fanów tej gry, więc skojarzenie ciśnie się samo. Jeśli jedziesz z założeniem „cyknięcie zdjęcia i pomaszerowali dalej”, to może się uda. Ale jeśli chcesz naprawdę przyjrzeć się temu, na co patrzysz, poczytać, zadać pytanie, a do tego spotkasz znajome architektki i dziennikarki i wywiążą się rozmowy – a to przecież idealna okazja do wymiany spostrzeżeń – to nie ma szans, żeby ten plan dowieźć.

Więc nastaw się na coś innego: na zwiedzanie intuicyjne. Tak, warto mieć kilka punktów, które są Twoim MUST. Ale poza tym – zaglądaj przez drzwi, przez szybę, i jeśli coś dosłownie cię woła, to wejdź. Daj się ponieść. To nie gra w statki „trafiony–zatopiony”.

I tu pada pytanie, które moim zdaniem trzeba sobie zadać, zanim w ogóle kupisz bilet na samolot: po co tam jedziesz? Szukasz nowych marek? Potrzebujesz świeżości w projekcie? Interesuje cię nowe spojrzenie na łączenie struktur i materiałów? A może po prostu chcesz przewietrzyć głowę? Każda z tych odpowiedzi jest dobra. Ale każda prowadzi do innej trasy. Ja miałam swój cel – i dlatego wolałam zobaczyć mniej, a porządnie.

Aplikacja: kocham, że jest. Nienawidzę, jak działa

Drobiazg, a urósł mi do rangi osobnego wątku. Festiwal ma swoją aplikację i to mnie na początku szalenie ucieszyło. W trakcie użytkowania – szalenie wkurzało. Bo niestety kiepsko pokazywała lokalizacje, źle odczytywała moje położenie. Wiele razy stałam w miejscu, w które miałam trafić, a aplikacja twierdziła, że jestem gdzie indziej. A jednak – i to uczciwie przyznaję – łatwiej było mi szukać na niej niż na stronie www. Więc plus za to, że w ogóle jest i że ratuje sytuację. Ale gdyby ją jeszcze dopracowali, byłoby idealnie. Drodzy organizatorzy: macie świetny festiwal i kulejące narzędzie do poruszania się po nim. To się aż prosi o poprawę.

Czy warto jechać do Kopenhagi na 3 Days of Design?

Zdecydowanie tak. Bez wahania. A skoro już mnie pytacie – zostawiam Was z trzema protipami, które wyciągnęłam z własnych błędów i zachwytów.

Po pierwsze – zwiedzaj intuicyjnie. Wybierz kilka MUST, resztę zostaw przypadkowi i instynktowi. Najlepsze rzeczy zobaczyłam wtedy, gdy weszłam gdzieś, bo coś mnie zawołało, a nie dlatego, że było na liście.

Po drugie – odpowiedz sobie na pytanie „po co tam jadę”, zanim wyjedziesz. Inaczej zaplanujesz trasę, gdy szukasz konkretnych marek, a inaczej, gdy chcesz przewietrzyć głowę i nabrać świeżości. Cel ustawia wszystko.

Po trzecie – daj sobie czas na ludzi. Rozmowy z projektantami, właścicielami marek, ze znajomymi z branży były wartością samą w sobie. Czasem jedna szczera rozmowa daje więcej niż dziesięć przebieżek przez showroomy. Biznes – i design – nadal robi się między ludźmi.

Mediolan, czekaj na mnie za rok. Ale Kopenhaga – zaskoczyłaś mnie. I to bardzo pozytywnie.

Ps. A poniżej zapraszam Was do mojej subiektywnej selekcji zdjęć z tego wydarzenia. I tu od razu przyznaję bez bicia – nie jestem w stanie przypisać wszystkich kadrów do konkretnych marek. Tam, gdzie mogłam, robiłam sobie tagi na telefonie, ale na własny użytek, na przyszłość, a nie z myślą o podpisywaniu każdego zdjęcia z osobna. Więc nie, nie znajdziecie pod nimi nazw wszystkich marek i autorów. Mogłabym teraz udawać, że to przemyślany zabieg, ale nie będę. Po prostu chłonęłam to wszystko oczami, nie notesem. 


Magda Skibka PLN design group agencja PR architekci marki wnetrzarskie 3

Magda Skibka-Matusiak – specjalistka ds. komunikacji i wizerunku marek z branży wnętrzarskiej i architektonicznej. Od 2015 roku zarządza agencją butikową PLN Design Group. Szkoli, doradza i projektuje komunikację.


Zobacz również: Architect Relationship Management (ARM). Wszyscy chcą dziś pracować z architektami… | Nagroda dla każdego, czyli dla nikogo. O konkursach architektonicznych, które podbijają ego i mylą rynek