We bring ideas to life with precision and impact.

Our expertise, as well as our passion for web design, sets us apart from other agencies.

Felieton

Targi, na które wciąż przyjeżdżamy. Refleksje po 10. edycji Warsaw Home

Od co najmniej pięciu edycji słyszę, że to już koniec. Że Warsaw Home dogorywa, że branża odpuszcza, że jeszcze rok, góra dwa i zgaśnie światło. A potem stoję w korku na wjeździe, przeciskam się przez całkiem pełne korytarze i widzę na stoiskach firmy, które konsekwentnie wracają co edycja (nie jest ich dużo jakby co). Dziesiąta, jubileuszowa edycja za nami. Targi nie umarły. Pytanie tylko, czy żyją tak, jak mogłyby żyć.

Od razu uprzedzam: nie jestem od analizy frekwencji ani od liczenia wystawców. Jestem od tego, żeby patrzeć, jak marki rozmawiają z architektami. I od kilku refleksji, które po tegorocznym Warsaw Home kłębią mi się w głowie. Postaram się je ułożyć tak, żeby to nie był strumień świadomości. Obiecuję niewiele.

O obecnych źle się nie mówi. Więc mówię dobrze

Zacznę nietypowo, bo nie chcę być Smerfem Marudą. Każda firma, która się w tym roku wystawiła, wyłożyła na stół niemałe pieniądze. A do tego czas: projekt stoiska, transport, montaż, kilka dni z zespołem w hali zamiast w biurze. To jest decyzja biznesowa, a nie wycieczka.

Dlatego odejdźmy od protekcjonalnego „fajnie, że byli” i doceńmy tych, którym się naprawdę chciało. Mam ich przed oczami od razu: Davis Fabrics, Orac, Górna Półka, Lectus i moje tegoroczne odkrycie, marka Wolno. Stoiska, przy których człowiek zwalnia sam z siebie, bez zaproszenia. Tak, wiem. Przy kilkuset wystawcach ta lista jest krótka. I tu zaczyna się „ale”.

Widziałam w tym roku kilka firm z naprawdę dobrym produktem. Oryginalne krzesła, porządne drewniane stoły, rzeczy, które spokojnie mogłyby trafić do projektów. Tylko że żeby je zauważyć, musiało mi się bardzo chcieć. Musiałam się zatrzymać, wytężyć wzrok, przebić przez ekspozycję, która robiła wszystko, żeby produkt schować. A pierwsze wrażenie to kilka sekund. Albo jestem kupiona, albo idę dalej. Na targach, gdzie w każdej alejce czeka kolejnych dwadzieścia stoisk, zwykle idę dalej.

I teraz rzecz, która nie mieści mi się w głowie. To są targi, na których architekci są główną grupą docelową. Więc zatrudnijcie architekta do zaprojektowania stoiska. Ktoś, kto na co dzień projektuje przestrzeń, wie dokładnie, na co zwrócą uwagę jego koleżanki i koledzy. To nie jest koszt. To jest jest Wasza realna szansa.

Poligon doświadczalny, czyli kto wie, po co tu stoi

Targi są dla mnie niezmiennie poligonem doświadczalnym relacji marka–architekt. Ekspozycja to jedno. Drugie to ludzie. Czy zespół na stoisku wie, po co tam jest? Czy umie zacząć rozmowę z architektem inaczej niż od „zapraszam, mamy katalog”? Czy wie, co powiedzieć o produkcie poza ceną i kolorystyką?

Bywało różnie. Bywało lepiej, bywało tak, że wolałam udawać, że szukam toalety. I nie łudzę się, że kiedyś przejdę przez halę, mdlejąc z zachwytu co alejkę. Ale każda rozmowa, w której ktoś zapytał, nad czym pracuję, zamiast recytować specyfikację, zostaje w pamięci dłużej niż najdroższa zabudowa.

A teraz to, za co targi lubię mimo wszystko. Spotkania z ludźmi z branży, na które w ciągu roku nigdy nie ma czasu. Premiery, a kilka w tym roku było naprawdę ciekawych. I darmowe szkolenia. Sama poprowadziłam ponad trzygodzinny warsztat (w ramach archiDAY) o tym, jak mówić o wartości współpracy z architektem, zamiast sprowadzać ją do pozycji „koszt” w kosztorysie. Grupa była wybitna i rozgadana. Najlepiej, jak się da. A ArchiDAY organizacyjnie zrobiło to naprawdę bardzo dobrze.

Dekada, która miała zrobić „wow”

No właśnie. Dziesiąta edycja. Dekada w tej branży to kawał czasu i przyznajmy, że działo się sporo. Można było liczyć na efekt, który zostanie w głowie na długo.

Sama przyjęłam zaproszenie do dwóch paneli w ramach Design Decade Summit. Tematy były mocne: „Kto dziś kształtuje gust Polaków?” i „10 lat, które zmieniły polskie wnętrza”. Współpanelistów miałam znakomitych. Rozmowy też były dobre. Tylko… czy ktoś o nich wiedział? Jak się okazało, niewielu. Program, który powinien być wizytówką jubileuszu, był najlepiej strzeżoną tajemnicą tej edycji.

Druga sprawa: ludzie błądzili. Bardziej niż rok temu, a przecież rok temu poprzeczka wisiała nisko. Wreszcie pojawiły się drukowane mapki hal i to plus. Szkoda tylko, że numery stoisk wydrukowano tak, jakby mapka była przeznaczona dla mrówek, a same stoiska oznaczono tym, co na planie, mniej więcej wtedy, kiedy komuś się przypomniało. Ok.. jednak jestem Smerfem Marudą. Sorry Not Sorry.

Pięć rzeczy do przemyślenia, zanim ruszy sprzedaż metrów na 2027

Mam listę. I nie jest to lista życzeń do Mikołaja, tylko rzeczy, które da się zrobić w rok.

  1. Drogowskazy, które prowadzą. Wchodzisz do hali i od razu wiesz, gdzie jest przejście do kolejnej. Przy każdym przejściu duża plansza z planem hali i kropką „JESTEŚ TUTAJ”. Wiszące oznaczenia „TU PRZEJDZIESZ DO HALI E, F” i naklejki na wykładzinie. A do tego hostessy, ale przeszkolone, które wiedzą, gdzie jest scena, sala warsztatowa i toaleta, a nie tylko ładnie się uśmiechają.
  2. Program, o którym się wie. Panele i wykłady powinny hulać w sieci tygodnie przed targami, a nie dzień przed. Zaangażujcie gości i zróbcie pełną kampanie komunikacyjną – tym bardziej, że ta branża w zasadzie jest na jednym kanale. Na Instagramie. Wysyłacie po pierwszym dniu sms’y o świetnej frekwencji… wyślijcie tego dnia przypomnienie o ciekawych rozmowach. Ah i basic. Drukowany program przy wejściu i przed każdą halą. Inaczej organizujecie rozmowy dla pustych krzeseł i dla prelegentów, którzy zastanawiają się, po co przyjechali.
  3. Oznaczenia stoisk jako standard, a nie inicjatywa wystawcy. Każda firma oznaczona na tej samej wysokości, w tym samym formacie, tak samo wystające nad zabudowę. To nie ogranicza kreatywności. To ratuje czas zwiedzającym.
  4. Puste metry dla polskich marek. Macie przestrzenie, w których hula wiatr, a na środku stoi jedno smutne krzesło? Oddajcie je małym polskim markom. Za darmo. Niech przyjadą z niewielkimi ekspozycjami. Zyskacie treść, której brakuje, a one szansę, na którą same by się nie zdobyły.
  5. Tarki do pięt nie między włącznikami a drzwiami. Ani sweterki, ani biżuteria. Były też podobno kosmetyki polskiej marki – ale nie widziałam. Na szczęście. Rozumiem, że biznes ma się zgadzać, a tabelka w Excelu musi się spinać. Ale to świadczy o was, drodzy organizatorzy, nie o wystawcach. Skoro macie miejsce dla chińskich firm, wydzielcie im osobną halę, zróbcie strefę „Export”. Rozumiem wściekłość marki, która zapłaciła niemałe pieniądze, a jej sąsiadem jest stoisko „made in China” z akcesoriami do wszystkiego.

Mediolan nam odjechał. I bardzo dobrze

Mediolan odjechał nam, zanim w ogóle był na wyciągnięcie ręki. Lubimy do czegoś aspirować, tylko że porównywanie się do iSalone to wygodna wymówka. Skoro nigdy tam nie dojdziemy, to po co się starać?

A ja uważam, że można zrobić naprawdę dobre wydarzenie na naszą skalę. Z jakościową promocją firm i polskiego designu. Z organizacją, która nie każe nikomu błądzić. Z programem, o którym się mówi, zanim się zacznie.

Drodzy organizatorzy, macie to, co najtrudniejsze do zdobycia: hale, wystawców i ludzi, którzy mimo wszystko przyjeżdżają. Teraz zbierzcie przy jednym stole tych, którzy byli w tym roku: wystawców, media, architektów, projektantów. I koniecznie tych, którzy od kilku lat sobie odpuszczają. Zadajcie im cztery pytania. Co było źle? Co było dobrze? Co można poprawić? Gdzie szukać benchmarków? I posłuchajcie odpowiedzi, nawet tych niewygodnych.

Chętnie pomogę. Ba, zbiorę grono ludzi z branży, którzy mają przemyślenia i konkretne rozwiązania. Wystarczy zaprosić. Nie, jeśli tego nie zrobicie, targi się „nie zwiną”. Od lat widać, że wystawcy są i ludzie też są. Dziesięć edycji to udowodniło lepiej niż jakikolwiek raport. Tylko czy naprawdę o to chodzi, żeby przetrwać? Czy nie lepiej robić co roku coś JESZCZE LEPIEJ, niż co roku zaliczać kolejny spadek na główkę. To musi być szalenie frustrujące – czytać każdego roku zdania w stylu „Znowu nie dało się znaleźć przejścia do hali E.” „Dobre produkty były, tylko trzeba było ich szukać.”, „O panelach dowiedziałam się po fakcie.”, „Bardziej targowisko niż targi.”. A może tylko mi się tak wydaje…

Sprawdź również

Autor

Magda Skibka-Matusiak

Sprawdź również